Prowadzę od 6 rano. Za nami już prawie 900 kilometrów podróży. Właśnie dojeżdżamy do granicy Chorwackiej po sporej przeprawie z gradobiciem i oberwaniem chmury w Słowenii. Dziś stwierdziliśmy wspólnie, że dojedziemy do miejscowości Karlovac w Chorwacji i dam spokój z jazdą. Zostawiamy resztę kilometrów na jutrzejszy poranek, bo tutejsza okolica wygląda niesamowicie o wschodzie słońca. To tutaj można podziwiać góry Parku Narodowego w Paklenicy, to tutaj nagrywano Winettou, to na tej trasie widać momentami bezkres wyschniętych terenów w połączeniu z górami. Tutaj jest odludzie dookoła jak w Arizonie i poza stacjami benzynowymi nie ma żadnej cywilizacji. Jadąc na południe Bałkanów, zawsze mam w sobie jakąś misję. Chcę zrobić więcej kilometrów i dojechać dalej, by móc się cieszyć dniami urlopowymi. Pewnych rzeczy jednak nie jesteśmy w stanie przeskoczyć i tak jadąc od 10 godzin człowiek momentami może czuć się bardziej lub mniej zmęczony. Dalsza walka nie ma sensu. Musisz się zatrzymać. Twój mózg musi odpocząć. Twoja percepcja i skupienie od jakichś dwóch, trzech godzin maleje z minuty na minutę. I właśnie wtedy, kiedy zacząłem w swojej głowie dochodzić do tych wniosków znajdowaliśmy się dokładnie w okolicach miejsca, w którym zaplanowany był postój. Czy się zatrzymaliśmy? Oczywiście, że nie. Dlaczego? Bo otrzymaliśmy propozycję nie do odrzucenia.

Około godziny 22:00 otrzymaliśmy wiadomość, że jeśli uda mi się wytrzymać jeszcze trochę, to wcale nie będziemy musieli się zatrzymywać na odludzi,u tylko przenocujemy w łóżku. Gdyby udało nam się dojechać do miejscowości Rogoznica, gdzie planowaliśmy nagrywać dla Was pierwsze materiały, to przecież byłaby idealna sytuacja. Kręgosłup prosty, wygoda, no i przede wszystkim czas, bo planowaliśmy spędzić w Rogoznicy około dwie godziny i wyruszyć dalej w kierunku Makarskiej Riwiery, by tam złapać kolejny nocleg i kręcić materiały. No to próbujemy! Pełna motywacja, uchylona szyba w aucie dająca świeże powietrze, pakiet miętówek i jedziemy dalej. Na pozór łatwa do przebycia trasa, bo od tej miejscowości mieliśmy zaledwie 100 km. Niemniej jednak okazała się ona istnym koszmarem. Jak do tego doszło? W mojej głowie narodziła się myśl, że jeśli przejadę tą większą część trasy autostradą to za około 40 minut będę już zjeżdżał na ostatnie trzydzieści kilometrów i….. JAKOŚ WYTRZYMAM. Moja żona ma piękne życie. Zwłaszcza w podróży, bo gdy nasz samochód połyka kolejne kilometry ona czasem nagle cichnie. Jak burza, która już zdążyła zakończyć swój bój po kilku dniach upału. Po długich rozmowach nagle w kabinie samochodu słychać tylko szum trasy jaką jedziemy, cichą muzykę w tle i w sumie to by było na tyle. Ja jak zahipnotyzowany pokonuję kolejne kilometry i po jakimś czasie orientuję się, że jeden z uczestników podróży, mój najlepszy skrzydłowy od porad i uwag nagle się wyłączył. Spoglądam przez prawe ramię i widzę: Otwartą buzię, wiotkie ręce i głębokie wdechy powietrza. Jaka to szkoda, że ja nie mogę czasem zamknąć oczu, gdy jedziemy. Tylko na 20 minut i już zaraz później mogę prowadzić dalej. Jednak niestety. Nie tym razem.

Decydujemy się, że będziemy jechać dalej i dojedziemy dziś do Rogoznicy. Pokonuję siedemdziesiąt kilometrów autostrady jadąc już na pół gwizdka, bo zerwał się ogromny wiatr, który szarpie naszym samochodem na boki, gdy wyjeżdżam z tunelów. Kolejne ograniczenia i rzecz jasna brak oświetlenia na trasie czyni ją trudniejszą po zmroku. Wszystkie auta i ich światłą odbijają się w lusterkach samochodu i dają nieskończoną ilość błysków. Gdy już zjeżdżamy z autostrady, zaczynam się uśmiechać i jestem przekonany, że teraz to już tylko dojazd do miejscowości. Nagle jednak w mojej głowie pojawia się myśl, że przecież Chorwacja, a zwłaszcza te rejony to raczej teren górzysty. I tak wjeżdżam w kręte uliczki, strome zjazdy i to w dodatku w pakiecie z pieszymi turystami, zwierzętami i rzecz jasna wyprzedzającymi mnie skuterami. Teraz odczuwam to już także ja, bo dokładnie w tym samym momencie, kiedy wjechaliśmy do pierwszej z miejscowości i zaczęliśmy zjeżdżać w kierunku Rogoznicy, ja ściągnąłem nogę z gazu. Prowadząc swój samochód, zawsze wiem kiedy mogę go dodać, jak pokonać zakręt sprawniej lub szybciej. Tym razem nie chcę pokonywać ich szybko, ani nawet nie chcę dojechać dynamicznie. Chcę, aby mój koszmar już się skończył. Nawet dzisiaj kiedy o tym do Was piszę, na rękach pojawiają się ciarki, bo tamten odcinek drogi na wybrzeżu Chorwacji był bardzo ryzykowny i niebezpieczny. Z ogromnym wysiłkiem liczyłem każdy kolejny zakręt, a moje zmysły błagały o litość abym dał już spokój. Bóg chyba nad nami czuwał tej nocy, bo kiedy dojechaliśmy na miejsce była prawie północ. A ja do pokonania miałem jeszcze kilka problemów, których totalnie się nie spodziewałem.

Villa Kaleta była położona po środku niczego. Wjeżdżając na wysepkę na której był wybudowany ten dom, sądziłem że nawigacja po raz kolejny próbuje wywieźć mnie w pole. Wszędzie było ciemno i kompletnie nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Wiecie jak to jest, gdy Krzysztof Chołowczyc robi Was w konia i każe Wam jechać, gdzieś, w jakieś totalnie absurdalne miejsce, a zaraz potem okazuje się, że to była ślepa uliczka? Tym razem Krzysiek kazał mi pojechać na plażę. I to dosłownie, bo naszym samochodem wylądowaliśmy przy pomoście i samej wodzie, mając zaledwie 3 metry na wyminięcie jakiejś ławki i starej koparki. Krzysiek nie miał dla mnie litości. Adres do Villi położonej w małej wiosce zwanej Zatoklav to pourywane drogi i brak jednej głównej drogi. To absurdalne podjazdy i zjazdy zdecydowanie nie nadające się dla małego auta miejskiego typu Volkswagen Up albo Fiat Seicento. Tutaj większość samochodów ma napęd 4×4 albo są to samochody z naprawdę dobrymi, dużymi silnikami.

Nie znaleźliśmy Villi Kaleta, a Ivana która zaproponowała nam nocleg szukała nas z latarką błądząc w ciemnościach. Nasza przygoda tego dnia trwała do 1:00 w nocy, a kiedy już nas odnaleziono, musiałem wrócić po nasz samochód, który prawie zakopał się na plaży, a później został zaparkowany w jakimś totalnie dziwnym miejscu. Poszedłem piechotą z tą samą latarką, by przyjechać pod Villę. Analizując wszystko po ciemku za pomocą latarki w końcu udało mi się trafić i bezpiecznie zaparkować. Ten dzień wykończył mnie tak totalnie, że momentami nie byłem w stanie dostrzegać piękna jakie mnie otaczało. Dopiero gdy weszliśmy do pokoju i wyszliśmy na taras główny, usłyszałem znajomy dźwięk śródziemnomorskiego, błogiego spokoju. Ten piękny widok na tym tarasie pozostanie mi w pamięci już chyba do końca życia, bo był jak nagroda za ogromny trud na koniec tego dnia. Oczywiście uważam, że był wart tego wysiłku, choć zapewne za 10 lat będzie to już trasa niemożliwa do wykonania dla mnie. Tym razem nie wykończyła mnie ilość kilometrów, a czas spędzony za kierownicą. Myślę, że po tej trasie i po wyjeździe na półwysep Peljesac wyznaczę sobie nowy limit i będzie to szesnaście godzin ciągłej jazdy bez względu na ilość kilometrów. Warto było postarać się o taki wysiłek, bo już rano mogliśmy zacząć naszą przygodę z tym regionem i poznaliśmy bardzo uprzejmych i miłych ludzi.

Jesteś ciekaw jak wyglądał nasz poranek w miasteczku Rogoznica i jak zostaliśmy przyjęci przez chorwacką rodzinę? Co się dalej wydarzyło i czego udało nam się od nich dowiedzieć? Nie przegap koniecznie kolejnego wpisu. W kolejnym poście zobaczymy pociski z okresu wojennego w ogrodzie oraz dowiemy się dużo o uprawie drzew oliwnych. Do usłyszenia.

M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *