Ostatni wyjazd do Grecji pamiętam, gdy byłem jeszcze małym dzieckiem. Miałem wtedy niespełna dziesięć lat. Już wtedy Grecja wydawała mi się być krajem mocno odległym. Uczucie podobne do tego, jak gdybym znajdował się na końcu świata lub co najmniej w innym świecie. Widziałem wtedy świat o suchym surowym klimacie, niewyobrażalnych upałach, które wszystkich nas totalnie wykańczały. Przenieśliśmy się mocno w czasie i stąpaliśmy po ziemi na której zwyciężali i ginęli ludzie w imię własnych ideologii i ustalonych praw. Pochodząc z małego miasta na południu Polski, gdzie większość budynków była projektowana na wzór pudełka, a wszystko wyglądało identycznie i szaro, nagle ujrzałem inny świat. Dziesiątki budowli z filarami i ciekawymi kształtami, ciepłe pomarańczowe barwy, ogromna ilość rzeźb, a wszystko to jakby niedokończone, posiadające swoją historię i pewną mistykę. Widziałem dziwne, stare ruiny i budowle o których później z podręczników szkolnych dowiedziałem się, że to zabytki starożytne. Stojąc pod Partenonem zastanawiałem się do czego kiedyś służyła ta budowla i dlaczego jest taka zniszczona. Było to dla mnie dziwne i tajemnicze miejsce. Pamiętam też doskonale zapach drzew oliwnych. Pierwsze wrażenie widoku Akropolu, Aten, czy chociażby słynnej Sparty wyrzeźbiło w mojej pamięci takie oto wspomnienie. Stojąc na wzgórzach meteorów jako dziesięcioletnie dziecko nie masz pojęcia o niczym. Nie wiesz nawet jak tutaj dojechałeś i jak stąd wrócisz. Polegasz totalnie na tym co powiedzą i każą ci rodzice. Ale jednak zapamiętujesz i zdobywasz fotografie w formie wspomnień. I tak gdy nasza wyprawa dobiegała końca rzuciłem hasłem “Musimy tu jeszcze kiedyś wrócić”. I wróciliśmy. Osiemnaście lat później już jako dorosły człowiek zobaczyłem ponownie napis Hellas. A od czego zaczęliśmy?

Od planowania. I tutaj krótko padło na najlepszą, a zarazem najdłuższą trasę prowadzącą do Grecji. Trasa wiodła między innymi przez Chorwację, Bośnie i Hercegowine, Czarnogórę i Albanię, by w końcu powitać Grecję i dostać się na wyspę o nazwie Lefkada. Poniżej zdjęcie z google maps, które pokaże Wam bliżej jak wygląda trasa do Grecji.

W czasie tego wyjazdu starałem się nagrywać filmy zdobywając małymi kroczkami doświadczenie z zakresu ogólnego montażu. Jakość niestety nie do końca jest taka jakiej oczekiwałem, jednak kilka ujęć wyszło całkiem nieźle biorąc pod uwagę mocne ograniczenia sprzętu i brak stabilizacji obrazu. Jeśli planujesz podróż do Grecji samochodem są dwie drogi, którymi możesz się tam dostać. Szybsza i ekonomiczna pozbawiona widoków oraz ta dłuższa i droższa, która zapewni Ci masę atrakcji. Co wybierasz? My wybraliśmy oczywiście tą drugą opcję i tak jadąc trasą ekonomiczną przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię i Macedonię, praktycznie samymi autostradami mamy do przejechania niespełna tysiąc dziewięćset kilometrów i dla sprawnego kierowcy już po dwóch dniach sączymy greckie Ouzo podziwiając piękny turkus morza. Jeśli jednak chcesz zobaczyć więcej i poczuć trochę adrenaliny wybierz opcję pierwszą. Tutaj trasa wydłuża się o około dwieście kilometrów, ale daje za to niezapomniane widoki. Wiedzie ona przez góry oraz wybrzeże Chorwacji. Jest pięknie, a jeśli nie przekonują Cię moje słowa zobacz cały materiał wideo i przekonaj się jak to wyglądało. Poniżej umieszczę kilka zdjęć. Sam przejazd przez całe wybrzeże Chorwacji jest już nie lada atrakcją i zawiera w sobie mnóstwo idealnych miejsc do stworzenia dobrej fotografii i podziwiania epickich widoków, jednak prawdziwa magia zaczyna się po przekroczeniu granicy w Czarnogórze i wjeździe na Logharę. Poniżej pierwsze wideo 😉

Podróż do Grecji

Po drodze zupełnie w gratisie masz możliwość zobaczyć panoramę na Dubrownik. Jeśli masz dobry obiektyw jesteś w stanie wykonać rewelacyjne fotografie, bo przy samej trasie jest punkt widokowy z dobrym widokiem na stare miasto.

Bardzo niebezpieczna i wymagająca trasa odwdzięcza się niesamowitymi widokami. Jeśli będziesz mieć szczęście zobaczysz jak to jest pobyć przez chwilę w chmurach, bo Albański Park Narodowy należy do zadziwiająco pięknych. W tle mamy ostre skaliste zbocza i spady, które wywołują przegrzane tarcze hamulcowe nawet w samochodach z wyższej półki. Generalnie szybko tamtędy jeżdżą albo samobójcy albo Albańczycy.

Dalsza droga w niczym nie przypominała trójpasmowej niemieckiej autostrady typu “no limits, jedź ile Ci fabryka dała”. Po małej czarnej, ugotowanej na turystycznej butli gazowej i kawałku ciasta ruszyliśmy w dalszą drogę, by zjechać ze szczytów i brnąć dalej w kierunku Grecji. Dalsza trasa wiedzie nas przez nieskończoną ilość zakrętów i serpentyn wokół wybrzeża, która niektórych uczestników podróży przyprawia o mdłości. Zakręt, kolejny zakręt, zakręt setny, sto pięćdziesiąty i tak w kółko. Po prawej stronie morze, upał, po lewej skaliste zbocza krowy, kozy, koty…. Masz już dosyć? My nie. Jedziemy dalej do przodu i obserwujemy kolejne znaki informujące nas o ilości kilometrów jaka pozostała do przebycia na terenie Albanii. Na twarzach podróżujących widać zmęczenie. Sama świadomość ile pozostało jeszcze kilometrów do przebycia nie motywuje do powstawania uśmiechu na twarzy, jednak my zbieramy bagaż wspomnień, a to czasem w życiu bywa najważniejsze, by być prawdziwie szczęśliwym i poczuć absolutną wolność. Przed nami najgorszy odcinek drogi jaki można sobie wyobrazić. Gorszy niż nasze dziury po polskich drogach, gorszy niż najgorszy koszmar. Mowa tutaj o albańskich drogach. Mając na myśli “albańskie” nie sposób nie wspomnieć o tym co obecnie dzieje się w tym kraju. Jeśli jesteś człowiekiem o mocnych nerwach przejedziesz tę trasę bez większego problemu. Ja zasiadłem za sterami samochodu jako kierowca zmiennik w najgorszym fragmencie drogi. Zarówno w Czarnogórze jak i Albanii na granicy oraz na drogach możesz spotkać bezdomne, skrajnie wychudzone psy… Podróżując przez Albanię widzieliśmy szczątki ciał nieżywych psów, kotów i innych zwierząt. Widać, że rząd ma z tą kwestią ogromny problem. Kraj ten jest w fazie rozwoju gospodarczego i widać to gołym okiem. Jadąc autostradą możemy więc napotkać dziury wielkości koła, przechodniów którzy spacerują wzdłuż autostrady wioząc na wózkach ręcznych lodówki, pralki, karoserie starych samochodów, wszystko to co da się sprzedać. Ludzie chodzą wzdłuż autostrady – normalna sprawa, nie? Wyobraź sobie teraz, że masz na liczniku 130-140 km/h i nagle na drodze w odległości dwudziestu metrów od Twojego nadkola pojawia się pies. Ja przed granicą z Grecją wysiadłem z samochodu totalnie mokry i wyczerpany. Nie byłem na plaży. Nie pływałem w morzu. Ja po prostu przejechałem się drogami Albanii starając się przeżyć. Drogi w Albanii są tragiczne i mówiąc tutaj o tym nie mam na myśli złego oznakowania, ale stanu tych dróg. Swobodnie mogę to nazwać Afryką Europy, a to wystarczające określenie by ostrzec wszystkich, którzy chcą się wybrać tą trasą w kierunku Grecji. A, czy warto? Tutaj znowu odpowiem, tak warto. Uwierzcie, że jeszcze tylko około 400 kilometrów wąskich, niebezpiecznych zakrętów, setki pięknych miejsc i docieracie do celu 🙂 A cel, wygląda tak, jak synonim słowa milion dolarów. Czyste bogactwo w sensie natury. Wjeżdżając do Grecji poczujcie się więc jak milionerzy własnego życia, bo przebyliście niewyobrażalnie ciężką i wykańczającą Was drogę, która zaowocowała finiszem i dotarciem do upragnionego celu. Oczywiście to, co zebraliście w aparacie i wspomnieniach to Wasze 🙂

Jeśli ktokolwiek z Was wybrał się w tamtą trasę koniecznie dajcie znać w komentarzach i podsyłajcie zdjęcia jak wypadła Wasza trasa i z czym przyszło Wam się zmierzyć. Ja od siebie na koniec wypowiedzi o Albanii dodam tylko, że wspomniane przeze mnie autostrady znajdowały się jedynie pod koniec przemierzania tego pięknego kraju. Był to około 30 kilometrowy odcinek drogi wybudowany prawdopodobnie przez Unię Europejską, która łączyła dziesięciocentymetrowa różnica. Efektem tego uskoku, bądź jak kto woli progu, był wyskok samochodu na sąsiedni pas i dreszcze na całym ciele. No, ale w końcu po przejechaniu prawie całej Albanii trafiamy na AUTOSTRADĘ. To były tylko jedne z nielicznych przygód jakie w tym momencie udaje mi się wygrzebać ze swojej pamięci. Zdjęć z trasy posiadam również niewiele, gdyż każdy uczestnik tej podróży był mocno skupiony na drodze i walce o przeżycie. Zachowanie lokalnych kierowców w ruchu drogowym Albanii można by porównać do mieszania składników na ciasto. Wszystko jakoś się wymiesza i może nie wyjdzie zakalec, a prościej mówiąc może nie będziecie mieć wypadku. Gdy już przeżyjecie, to wszystko co mieliście przeżyć ukazuje się granica Państwa i napis Hellas!!! Witamy w Grecji, ale o tym w kolejnym poście. Koniecznie nie przegapcie następnej publikacji.

Pozdrawiam 🙂

Witamy w Grecji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *