Odwiedź nas na:

Wszystko tak naprawdę zaczęło się od mojego taty. To jemu zawdzięczam dzisiejszą pasję i zamiłowanie do podróży. Pamiętam, gdy jeszcze jako mały chłopiec widziałem go podczas prowadzenia samochodu. Wtedy kierownica i deska rozdzielcza auta wydawała się być centrum dowodzenia statkiem kosmicznym. Wszystko było wysoko. Ja siedzący obok widziałem go jak prowadził auto z pełną swobodą i pewnością siebie. Pamiętam, że z perspektywy małego dziecka wyglądało to bardzo skomplikowanie, a zarazem – odpowiedzialnie. Wtedy pojawiła się we mnie chęć i marzenie by poprowadzić nasze rodzinne auto. Zakochałem się w nim – dosłownie… I tak w 2009 roku po zdaniu prawa jazdy pierwszy raz usiadłem za kierownicą Renault 19 w wersji sedan. Tego samochodu nigdy nie zapomnę, bo odziedziczyłem go po tacie, by doskonalić swoją jazdę samochodem. Wtedy pojawiła się miłość do samochodów, a 4 miesiące później pierwszy wyjazd do Włoch – już jako kierowca. Gdyby nie ten szalony pomysł mojego taty żebym poprowadził samochód do Rzymu prawdopodobnie już zawsze bałbym się wyjechać autem poza obszar własnego miasta. Zupełnie tak samo jak z tym pływaniem wspomnianym w poprzednim poście.

A oto nasza rodzinna „Renówka” na Cabo de Roca – przylądek położony na półwyspie Iberyjskim na terenie Portugalii. Stanowi najdalej na zachód wysunięty punkt lądu stałego Europy. Tam niestety nie byłem z rodzicami. Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane to miejsce zobaczyć na własne oczy.

w 2009 roku nasz rodzinny samochód miał na swoim koncie sporą ilość wypraw i zjeździł już praktycznie całą Europę, dotarł nawet do Grecji, więc nie był nowy jednak dla mnie był najlepszy na świecie. Dbałem o niego i wkładałem spory wysiłek by przed wyjazdem wyglądał jak „nowo narodzony”. Wraz z tatą wybraliśmy się do lokalnego marketu, kupiliśmy pastę polerską. Odczyściłem karoserię, zamalowałem wszelkie ślady użytkowania i zadrapania. Tak się starałem „wyszykować” ją na ten wyjazd, że zatłuściłem całą deskę rozdzielczą popularnym w Polsce plakiem do tapicerki 

  Po drodze ścierałem to na każdym postoju. Człowiek to całe życie uczy się na błędach. Wreszcie nadszedł ten moment, kiedy pierwszy raz zasiadłem za kierownicą tego samochodu i wyruszyłem za moim tatą w nieznane. Dosłownie – bo trasę znałem jedynie z opowiadań oraz uwag głównego kierownika wyjazdu. Nauczyciel dawał mi mądre wskazówki oraz słusznie prostował moje niedociągnięcia związane z brakiem doświadczenia jazdy na drodze. Przejechaliśmy kawał drogi. Ja z kolei zanim minąłem granicę Państwa – złapałem BAKCYL. To był bakcyl jazdy – bakcyl podróżowania. Serce szybciej biło, gdy na pierwszym postoju rozmawialiśmy wspólnie ile jeszcze mamy przed sobą, a ja poza opowiadaniami nie miałem o tym kompletnie zielonego pojęcia. Byłem podekscytowany. Wiedziałem jedynie, że muszę dać z siebie maksimum skupienia, by nie zabić siebie i moich pasażerów. Tutaj mowa o moich dziadkach. Mam nadzieję, że dla Was ten wyjazd był również udany. Bakcyl – uczucie kojarzące się z totalną wolnością i swobodą, choć pierwsza podróż była dla mnie cholernie ciężka. Przez pot, przez łzy, ale z uporem i potężną chęcią doskonalenia jazdy (chyba też po części wielką chęcią udowodnienia, że potrafię) przemierzaliśmy kolejne kilometry wraz z rodziną.  Na drugiej fotografii – pamiętam… to było zaraz po przekroczeniu bramek na Brenner Pass w Austrii. Uchyliłem szybę, zredukowałem bieg i wczułem się totalnie w swobodę i moją wolność. Przełęcz Brennera to ciekawy odcinek autostrady łączący ze sobą Austrię i granicę włoską. Zjawiskowe Alpy w połączeniu z idealnie prostą autostradą i kilkoma parkingami czynią te trasę wyjątkowo łatwą a zarazem konieczną do odwiedzenia. Jeśli oczywiście wybieracie się w tamtym kierunku przygotujcie się na opłatę za wjazd. Dojeżdżając do tego miejsca warto zrobić przystanek na przysłowiową kanapkę i łyk kawy. Tak jak to robiliśmy zawsze z moją rodziną. Niedaleko jest też małe jezioro z krystalicznie czystą wodą i żyjącymi w nim pstrągami. Obok ławki i stoliki na mini przystanek. Cisza i spokój.

Kolejne z miejsc, które dla mnie jest wyjątkowe. To niedaleko od bramek wjazdowych położony hotel. Powracanie do miejsc, w których kiedyś byliśmy jest świetne. Zawsze, gdy mam zły humor lub jestem smutny wracam do tych fotografii. Wracam wspomnieniami do tego wyjazdu jako wyjazdu pierwszego, który mnie ukształtował. Sprawił, że odnalazłem swój sposób na bycie prawdziwie szczęśliwym i wolnym. Wróciłem i w to miejsce w 2012 roku. Wróciły wspomnienia, wracają i teraz gdy o tym do Was piszę. I wiecie, co? Nie ma w tym nic smutnego. Sama radość więc…. Jak mógłbym do nich nie wrócić. Będzie ich o wiele wiele więcej… 🙂

  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *